To chyba jakieś miejsce przeklęte
Opublikowano dnia: 22 grudnia 2010
Artykuł autorstwa: Redaktor Naczelny
Kategorie: Polska, Powiat Będziński, Sławków
Mieszkańcy Sączowa modlą się, aby ośmioletnia Paulinka odzyskała przytomność i wróciła do swoich rodziców cała i zdrowa. Jednocześnie płaczą nad losem jej braciszka, dziesięcioletniego Patryka, który zginął w sobotę pod kołami autobusu.
Dzieci jechały na sankach przyczepionych do samochodu osobowego ich ojca. Nagle sanki zjechały na lewy pas ruchu. Tragedii nie dało się uniknąć.
W sobotę byliśmy na miejscu wypadku. W poniedziałek ponownie odwiedziliśmy Sączów. Miejsce, w którym doszło do tragedii jest zasypane śniegiem. Na ulicy Wolności jeżdżą pługi. Sączowianie powrócili do swoich codziennych obowiązków. Tylko oczy mają smutne i mokre od płaczu…
- To była taka udana rodzina. Dzieci dobrze wychowane, rodzice uśmiechnięci i życzliwi. Zawsze wszystkim się kłaniali – mówi Henryk Janota, sąsiad rodziny, którą dotknęła tragedia.
W poniedziałek Sączów obiegła kolejna smutna wiadomość. Zmarło siedmiomiesięczne niemowlę, które zakrztusiło się jedzeniem.
- To jakaś plaga. Fatum zawisło nad naszym Sączowem – załamują ręce sączowianie.
Tu nie ma czegoś takiego jak kuligi. Kiedyś, gdy byłam dzieckiem, chodziło się na Dziewczą Górkę i zjeżdżało na sankach albo na nartach.A teraz, gdy w tamtym miejscu powstaje autostrada, zimą w Sączowie naprawdę nie ma co robić – mówi Klaudia Kuś, nastolatka z Sączowa.
Chodzi do liceum w Będzinie. W jej szkole wszyscy wciąż mówią o tragedii, do której doszło w sobotę. 10-letni Patryk i 8-letnia Paulinka jechali na sankach przyczepionych do samochodu ojca. Nagle sanki zjechały na lewy pas, prosto pod nadjeżdżający autobus. Patryk zginął. Paulinka walczy o życie.
- Byłam na miejscu tego wypadku. Wszyscy pomagali. Jak tylko mogłam, wspierałam matkę tych dzieci. Pamiętam jej płacz, gdy usłyszała, że jej synek nie żyje. Wciąż nie mogę otrząsnąć się z tego, co tam widziałam – mówi ekspedientka w jednym ze sklepików w Sączowie.
Co chwilę do jej sklepu wchodzą jacyś ludzie robią zakupy i roztrząsają to co się stało. Wszyscy tu się znają, bo to mała miejscowość. Dlatego tym bardziej płaczą nad tragedią swoich sąsiadów.
- Rodzice tych dzieci to dobrzy ludzie. Grzeczni, zawsze uśmiechnięci. Dzieci dobrze wychowywali – mówi Henryk Janota, sąsiad rodziny dotkniętej tragedią.
Sączowianie znają okoliczności wypadku. Wiedzą też, że ojciec dzieci nie chciał źle.
- Jeździ tirami, z dziećmi rzadko się widywał. Po prostu chciał sprawić im przyjemność, a dzieciom przecież się nie odmawia – mówi Danuta Mańczyk, mieszkanka Sączowa. – Jakiejś tradycji robienia kuligów u nas nie ma. Może kiedyś jakieś 30 albo 50 lat temu ludzie organizowali takie atrakcje – dodaje.
Wczoraj przy tej samej ulicy doszło do kolejnej tragedii: zmarło siedmiomiesięczne niemowlę. Zakrztusiło się, a pogotowie dojechało za późno. Teraz ludzie w Sączowie mówią, że na ich miejscowość to chyba jakaś klątwa spadła.
- Gdy usłyszeliśmy syrenę, wspięliśmy się na most, żeby zobaczyć, co się dzieje – mówi Janusz Gółkowski, który pracuje w pobliżu przy budowie autostrady.
- Myśleliśmy, że znowu jakiś wypadek na drodze. A tu się okazuje, że kolejne dziecko nie żyje. To chyba jakieś miejsce przeklęte. Lepiej jak najszybciej stąd uciekać – dodaje.
Pan Janusz prowadzi nas do swojego kolegi z budowy. To Stanisław Mańko – ten sam mężczyzna, który wyciągnął dzieci spod autobusu za pomocą dźwigu. Operacja była bardzo ryzykowna, na szczęście pomogli mu strażacy i policjanci.
- Po wypadku nie spałem całą noc. Do pracy w niedzielę wstałem o 5 nad ranem, ale do tej pory nie mogę patrzeć na miejsce, w którym to się stało – mówi ze łzami w oczach.




