
Protestują pracownicy oświaty
Opublikowano dnia: 23 marca 2011
Artykuł autorstwa: Redaktor Naczelny
Kategorie: Pierwsza strona, Polska, Sosnowiec
Sosnowieckie sprzątaczki i kucharki oraz pracownicy administracji i obsługi w szkołach mają dość głodowych pensji. Zwłaszcza, że w Sosnowcu wypłaty naliczane są łącznie z dodatkiem stażowym, a inaczej jest np. w Dąbrowie Górniczej. Dlatego postanowiły interweniować w obronie swoich racji w Urzędzie Miejskim. Poparli je radni, dzięki czemu do końca maja br. mają zostać opracowane nowe zasady wynagrodzeń.
W 2011 roku w budżecie sosnowieckiej oświaty na wzrost wynagrodzeń pracowników administracyjno – obsługowych (4 proc. od 1 stycznia 2011 roku) przygotowano ponad 1 mln 596 tys. zł wraz z pochodnymi od wynagrodzeń. Przeciętny wzrost wynagrodzenia na jeden etat wynosić będzie 69 zł brutto.
- To za mało – twierdzą pracownicy oświaty. I podkreślają, że kuriozalne jest to, że osoby, które przychodząteraz do pracy, dostają wyższą pensję niż oni. A skąd te różnice?
- To braki budżetowe i braki reform – stwierdził Arkadiusz Chęciński, przewodniczący Rady Miejskiej w Sosnowcu.- Subwencję, którą dostajemy liczy się od ilości dzieci. Tych jest coraz mniej, tak więc subwencja jest mniejsza, a miasto musi dokładać więcej. Trzeba tę sprawę rozwiązać, może pomyśleć o połączeniach – dodał.
Nieoficjalnie mówi się, że różnice wynikają stąd, iż część miast jest bogatszych, a w części jest mniej osób w tej grupie pracowniczej (m.in. właśnie z powodu likwidacji czy połączeń placówek). Stąd mogą sobie pozwolić na rozdzielenie podstawy wynagrodzenia i dodatków.
- Jakie to ma znaczenie – pytała radnych i władze miasta Elżbieta Gałecka, należąca do tej grupy zawodowej. – Ilość dzieci nie przekłada się na ilość metrów kwadratowych, które i tak musimy posprzątać – mówiła.
Popierają ją koleżanki, podkreślając, że zakres ich obowiązków jest naprawdę duży.
- Robimy dodatkowo za dozorców a niektóre z nas nawet grabią liście. Z takimi pensjami nie wyżyjemy na emeryturze – mówiły zbulwersowane panie.
Radni w większości je poparli.
- Uważam, że jest to dla tej grupy krzywdzące i trzeba to zmienić – mówi radny Aleksander Kalański. – Chociaż te 4 proc. z pewnością nikogo nie zadowolą, to jest pierwszy krok – dodał.
Arkadiusz Chęciński podkreślił jednak, że 4 proc. wynikają z ogólnie przyjętych zasad minimalnej pensji i tak naprawdę wiele nie zmieniają.
- Problem jest, bo chcąc szukać oszczędności ustalano wynagrodzenie tak, aby wszystko mieściło się w kwocie minimalnego zarobku, jaki wymagają przepisy. Nie dziwię się rozgoryczeniu, bo po zmianach nowy pracownik i ten ze stażem ma taką samą płacę – mówi Chęciński.
Ostatecznie radni zdecydowali, że do końca maja wiceprezydent odpowiedzialna za resort oświaty ma przedstawić sposób i możliwości rozwiązania tego problemu. Tak, by wszyscy pracownicy tej grupy zawodowej mieli zagwarantowane wynagrodzenie w wysokości minimalnej płacy plus osobno dodatki.




