Zagłebie Dąbrowskie > Będzin > Grodźczanin zdobywcą Elbrusa
2010_08_16_flaga-na-elbrusie

Grodźczanin zdobywcą Elbrusa

Opublikowano dnia: 29 sierpnia 2010

Artykuł autorstwa: Redaktor Naczelny

Kategorie: Będzin, Pierwsza strona, Polska, Powiat Będziński

Zdobycie dwóch kaukaskich pięciotysięczników, odwiedzenie sześciu krajów, blisko osiem tysięcy kilometrów pokonanych przeróżnymi środkami transportu: samolotami, pociągami, autobusami, marszrutkami, taksówkami, promem i oczywiście pieszo, dziesiątki znajomości z ludźmi różnych nacji – jak wszyscy zgodnie stwierdziliśmy – trzytygodniowy wyjazd życia. W dodatku cały w bardzo przyjaznej atmosferze przede wszystkim gruzińskiej gościnności oraz przy przecudnej pogodzie.

27 lipca wylatujemy z Warszawy, po przesiadce w Rydze, kierujemy się w stronę Tbilisi , gdzie docieramy późno w nocy. Z dużą dozą niepewności i obaw, wychodzimy przed lotnisko, gdzie próbujemy łamanym rosyjskim porozumieć się z grupą gruzińskich policjantów, by zorientować się w możliwościach dalszej wędrówki. Pierwsze zaskoczenie. Panowie załatwiają nam transport oraz informują, że bez obaw możemy poczekać do rana przed budynkiem lotniska. Zmęczeni rozkładamy karimaty na chodniku przed lotniskiem i zasypiamy. Rano zjawia się umówiony transport i po serdecznym pożegnaniu z policjantami ruszamy wreszcie do „naszego świata”. Tego dnia udaje nam się dotrzeć do kościółka Cminda Sameba, w którego pobliżu rozbijamy namioty i bezustannie cieszymy nasze oczy niezwykłym widokiem na pierwszy cel naszego wyjazdu – Kazbek, górę wznoszącą się na 5047 m.n.p.m. Kolejnego dnia docieramy w pobliże budynku byłej stacji meteorologicznej, skąd większość wypraw odbywa atak szczytowy. Wspólnie ustalamy, że kolejny dzień przeznaczymy na odpoczynek i aklimatyzację.

Rankiem przy utrzymującej się doskonałej pogodzie opuszczamy namioty z zamiarem dojścia na wysokość 4500 m.n.p.m., co jest według nas optymalnym rozwiązaniem na dzień poprzedzający atak szczytowy. Reszta grupy decyduje się na wcześniejszy powrót do bazy, zostajemy więc tylko we dwójkę. Zdobywając kolejne metry wysokości, dopuszczamy do siebie myśl, że zdobycie Kazbeka jest w naszym zasięgu jeszcze tego dnia. Wbrew wcześniejszym obawom dotyczącym reakcji naszych organizmów na zmianę wysokości, czujemy się fantastycznie i decydujemy się na dalszą wspinaczkę.

Około godziny dwudziestej docieramy na szczyt. Zachodzące słońce tworzy bajkową scenerię, delikatnie oświetlone wierzchołki gór, podświetlone słońcem chmury mienią się niezliczonymi odcieniami czerwieni. Już nie raz taki widok wywoływał łzy, nigdy jednak tak obfite. Zachłyśnięci chwilą, po zrobieniu pamiątkowych zdjęć, nieśpiesznie zaczynamy schodzić. Uczucie spełnienia miesza się ze smutkiem, że to już koniec, że zwieńczyliśmy kolejną walkę z samym sobą, a przecież po to tu jesteśmy. Zwróceni twarzą w kierunku zachodzącego słońca, w milczeniu schodzimy. Wkrótce smutek mija, a myślami jesteśmy już pod następnymi szczytami. Naszą drogę oświetla księżyc, jest niewiarygodnie pięknie. Niedaleko bazy spotykamy resztę ekipy. Wszyscy serdecznie nam gratulują, a my przekazujemy im wskazówki dotyczące drogi na szczyt. Kolejny dzień mija nam na oczekiwaniu na ich powrót, przepakowywaniu i rozmyślaniach. Wszystkim udaje się zdobyć szczyt.

Zejście do wioski zajmuje nam jeden dzień, w Kazbeghi decydujemy się na nocleg. Znów mamy okazję odczuć gruzińską gościnność, świętujemy zdobycie Kazbeka.

Przychodzi czas, kiedy musimy pomyśleć nad planem naszej dalszej wędrówki. Drugi cel – Elbrus (najwyższa góra Rosji, uznawana także za najwyższy szczyt Europy) jest tak blisko, ok. 50 km, granica jest jednak dla nas zamknięta – będziemy musieli pokonać ok. 1500 km by się pod niego dostać. Każdy z nas miał wcześniej świadomość tej podróży i traktował ją bardziej jako konieczność, niż interesujący element wyprawy. Nie mogliśmy się bardziej mylić.

Całą grupą spędzamy jeszcze trzy dni, w czasie których zwiedzamy byłą stolicę Gruzji Mschetę, oraz Tbilisi, gdzie mamy okazję na żywo obejrzeć mecz koszykówki Polska-Gruzja, by potem udać się w wyjątkowo urocze miejsce – Tabatskuri – ormiańską wioskę położoną wysoko w górach nad sporym jeziorem, oddaloną o ok. 50 km od jakiejkolwiek cywilizacji.

W końcu przychodzi niełatwy moment, kiedy musimy się pożegnać, połowa grupy wraca do Polski samolotem z Tbilisi, my oraz trójka naszych górskich przyjaciół udajemy się marszrutką w stronę nadmorskiego kurortu Gruzji – Batumi, gdzie po szybkiej przesiadce, autokarem przedostajemy się do Turcji. Po dwugodzinnych oczekiwaniach na granicy, w tureckim Trabzonie pojawiamy się późno wieczorem. Do załatwienia pozostają dwie sprawy – zorientować się w godzinach kursowania promu do rosyjskiego Soczi oraz dowiedzieć się gdzie znajduje się port, wypadałoby również znaleźć sensowne miejsce na nocleg. Bariera językowa jest duża, a z drugiej strony odczuwamy, że napotkani Turcy nie dysponują rzetelnymi i zwięzłymi informacjami. Trafiamy wreszcie do portu, gdzie okazuje się, że możemy spędzić noc w hali odpraw. Robimy zakupy, posilamy się i zmęczeni usypiamy na gołej podłodze. Rankiem rozwiązuje się problem biletów na prom, o których dostępność poważnie się martwiliśmy. Pan z biura podróży sam przychodzi do nas z ofertą ich sprzedaży oraz zaprasza na prawdziwą turecką herbatkę. Odprawa na prom zaczyna się dopiero o 13, mamy więc sporo czasu dla siebie. Spacerujemy po mieście, robimy zakupy, nie odmawiamy sobie także krótkiej kąpieli w Morzu Czarnym. O równej trzynastej stawiamy się na odprawę. Zgodnie z tym, co zaobserwowaliśmy już w Turcji, nikt tutaj z niczym się nie śpieszy – odprawa zaczyna się kilkanaście minut przed 16, a odpływamy z czterogodzinnym opóźnieniem ok. dwudziestej. Noc jest gorąca, spędzamy więc ją rozłożeni na pokładzie.

W Soczi wysiadamy z myślą jak najszybszego znalezienia dworca kolejowego oraz powtórnego odświeżenia się w morzu. Niestety, biletów już nie ma, w informacji pani ofiaruje nam ziarnko nadziei, że możemy jeszcze liczyć na łaskę pani z obsługi pociągu tzw. prowadnicy. Z mieszanymi uczuciami idziemy nad morze, do odjazdu mamy jeszcze kilka godzin. Odpowiednio wcześnie meldujemy się na peronie z uczuciem tego rodzaju niepewności, którego strasznie nie lubię. Teraz wszystko zależy od kogoś zupełnie obcego, na kogo trafimy? Na stacji pojawia się pociąg, a my spotykamy prawdopodobnie najbardziej życzliwą osobę w Federacji Rosyjskiej – panią Natalię. Po niedługich pertraktacjach, godzi się na nasz przejazd, ale ostrzega nas kilkukrotnie, że nie będziemy mogli przebywać na korytarzyku, lecz w niewielkim przedsionku na końcu wagonu, który nazywa tajemniczo „tamburinem”. Nie jest łatwo wytrzymać w piątkę na trzech metrach kwadratowych w temperaturze dochodzącej pewnie do czterdziestu stopni, a może nawet wyższej, pani Natalia stara się jednak pomóc nam, jak tylko może. Nasze plecaki rozlokowuje po przedziałach, jeden w swoim małym pokoiku, a i nas stara się, w miarę możliwości umieszczać w okresowo wolnych przedziałach. Po udanej akcji ukrycia się przed rewizorami, określa nas mianem „partizanów”, co właściwie bardzo dobrze oddaje sposób naszego podróżowania. Właśnie tak, nawet zwyczajny przejazd pociągiem staje się przygodą. W Piatigorsku, naszej docelowej stacji, serdecznie dziękujemy naszej kochanej prowadniczce i udajemy się na postój marszrutek. Bez większych problemów dostajemy się do Terskoła – wioski położonej u stóp Elbrusa. Posilamy się w całkiem przytulnym barze i udajemy się na pole namiotowe. Nareszcie okazja do spokojnego, nieprzerwanego noclegu w namiocie. Plan na jutro jest prosty – szybkie załatwienie formalności (obowiązek meldunku) i ruszamy w góry, my z Dorotą pieszo, chłopaki skorzystają z wyciągu i widzimy się wieczorem.

Niestety, potrzebne dokumenty otrzymujemy popołudniem. Postawieni pod ścianą, z trudem decydujemy się na wspólny wjazd kolejką, za pomocą której docieramy na wysokość ok. 3800 m.n.p.m., gdzie zastajemy niezbyt przyjazny widok dla oka górskiego turysty – pomijając zabudowania kolejki, na tle szczytu widzimy słupy wysokiego napięcia oraz ratraki wwożące turystów wyżej. Ostatecznie przekonujemy się, że decyzja o wjeździe kolejką była słuszna, gdyż drogą, którą mielibyśmy iść regularnie kursują ciężarówki. Niezbyt zachwyceni tak ucywilizowanym krajobrazem, kierujemy się w górę idąc rozjeżdżonym przez ratraki torem.

Tego dnia docieramy na wysokość 4200 m, rozbijamy namioty. Następny dzień jest również niezbyt absorbujący fizycznie – ograniczamy się do przeniesienia naszego obozu o ok. 500 m wyżej. Oszczędzamy się nie bez powodu, mianowicie w środku nocy planujemy rozpocząć atak szczytowy. Wstajemy niewyspani, każdy w biegu coś przełyka i z minimum sprzętu oraz zapasem płynów wychodzimy. Wśród pielgrzymek ludzi, przy akompaniamencie hałasujących w oddali ratraków, pokonujemy pierwszy etap drogi i dochodzimy do przełęczy między wierzchołkami Elbrusa. Dopiero tutaj, na wysokości ponad 5000 metrów, mamy możliwość poczuć się jak w górach. Nareszcie. Rozsiadamy się na dłuższą chwilę aby odetchnąć. Pielgrzymki ludzi już jakoś rozproszyły się i nie rażą w oczy. Świeci słońce, znów jest pięknie. Utwierdzamy się w przekonaniu, że dzisiejszego dnia Elbrus będzie nasz. Zdobywamy, nie bez wysiłku, kolejne metry wysokości, raz po raz odpoczywając. Z każdą chwilą jesteśmy coraz bliżej całkowitej realizacji celów naszej wyprawy. Wreszcie kładziemy się na nieobszernym wierzchołku i tak spędzamy dłuższą chwilę. Nadszedł moment, w którym kończą się wszystkie małe niepewności towarzyszące tak skomplikowanemu i długiemu wyjazdowi. Wszystko się udało, począwszy od zorganizowania czasu na wyjazd przez sporą grupę ludzi, poprzez wszystkie trudy podróży, formalności związane z wizami i resztą potrzebnych dokumentów. Został tylko powrót. Spędzamy jeszcze jedną noc w namiotach, pozostawionych na Skałach Pastuchowa.

Późnym rankiem zaczynamy schodzić. Po nocy w Terskole, ruszamy marszrutką do Piatigorska. Stąd pociągiem (już z wykupionymi miejscami) do Lwowa z przesiadką w Charkowie. Ku naszemu zadowoleniu w Charkowie dysponujemy czasem, by udać się na groby polskich oficerów pomordowanych przez NKWD. Zderzenie naszej wolności, którą zresztą do cna wykorzystujemy chodząc po górach i podróżując z myślą o tych strasznych wydarzeniach sprawia, że popadamy w nostalgiczny nastrój. Jakże często narzekamy na porządek panujący wokół nas, zapominając, że bywały takie okresy w dziejach, gdzie wpływ ludzi na własne życie był drastycznie ograniczony.

W czasie dwudniowej podróży pociągiem spotykamy znowu przyjaźnie nastawionych ludzi, z Wiktorem, synem rosyjskiego żołnierza stacjonującego w Polsce, który właśnie w niej spędził swoje dzieciństwo prowadzimy rozmowę do późna w nocy. Takie rozmowy są dla mnie bardzo ważne, utwierdzają mnie w przekonaniu, że granice państw, ustroje polityczne, wyznania w dużej liczbie przypadków nie dzielą ludzi. Takim rozmowom towarzyszy nieodparte wrażenie, że jesteśmy coraz bliżej siebie. Z Lwowa udajemy się busem do granicy Polski, bez przeszkód do Przemyśla i po niedługich oczekiwaniach PKS-em do Katowic, i do rodzinnego Będzina. Noc spędzamy przed monitorem, przeglądając zdjęcia z wyjazdu.

Najpiękniejsze jest to, że górska przygoda nigdy się nie kończy, każdy wyjazd rodzi pomysł nowej, jeszcze śmielszej wyprawy. Każdy wyjazd zbliża nas do siebie, a nasze przyjaźnie czyni jeszcze trwalszymi. Teraz z każdym dniem myślami coraz bardziej będziemy przenosić się na teren odległego Pamiru – z zamiarem zdobycia Piku Lenina (7134 m.n.p.m) w Kirgizji oraz szczytu Muztagh Ata (7546 m.n.p.m.) w Chinach. Czeka nas ciężka praca, w różnorodnym znaczeniu tego słowa. Niewątpliwie największym problemem będzie dla nas zgromadzenie środków finansowych potrzebnych do zrealizowania tego przedsięwzięcia. Mam jednak nadzieję, że nasz wspólny upór i determinacja przyniosą efekty.

Źródło: Michał Czerwiński - Starostwo Powiatowe

Napisz komentarz


  • Pomieszczenie biurowe lub na inną działaność finansową, o powierzchni 156 m2 z możliwością dobrania większej powierzchni.

    Katowice ul. Czerwińskiego 6 (parter) 100m od ronda

    tel. 662-332-098